Tytuł artykułu zawiera w sobie swoiste ryzyko nieporozumienia, ponieważ chcemy poświęcić nieco czasu na przyjrzenie się często pomijanej kwestii związanej z osobistą, rodzinną historią Jezusa. Jest ona często pomijana, albo jest poddawana dość banalnej interpretacji, służącej wytworzeniu obrazu innego niż oryginalny, a wydającego się autorom bardziej akceptowalnym, by nie rzec chcianym (a w konsekwencji niezgodnym z tekstem Ewangelii).

Spośród szeregu elementów możliwych do rozważania proponujemy dwa, wybrane z większej całości. Będą to: Jezus bez ojca oraz Jezus dziecko z nieprawego łoża. Już na początku zapraszamy do nieco większej niż zwyczajowa otwartości na problematykę, która nie jest łatwą, mając na uwadze częste przyzwyczajenia do odmiennego tłumaczenia tych elementów biografii Jezusa.

Rozpocznijmy od syna bez ojca. Spośród tekstów Ewangelii najstarsza z nich, wg Marka, wprowadza na scenę działalności Jezusa mającego już wiek dojrzały. Dwie natomiast z Ewangelii tzw. synoptycznych, Mateusza i Łukasza, poświęcają tematowi dzieciństwa Jezusa więcej miejsca. Prezentują, każda z nich, Ewangelię dzieciństwa Jezusa, której sercem jest jego cudowne narodzenie (Mt 1-2; Łk 1-2). Ciekawe, że w dalszym ciągu obu Ewangelii (Mt i Łk) nie ma już wzmianki o tym aspekcie narodzenia Jezusa.

Trzeba tu zaznaczyć, że zainteresowanie pochodzeniem Jezusa pojawiło się nieco później w chrześcijaństwie, na początku bardziej skoncentrowanym na nauczaniu, śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa. Łatwo to zauważyć w Ewangelii wg Marka, która tak bardzo koncentruje się na nauczaniu publicznym Jezusa. Dopiero później należało odpowiedzieć na pytanie, pojawiające się coraz częściej: skąd on (Jezus) pochodził?

Tu uwaga: jeśli spotykamy w tekstach starożytnych opowiadania o cudownych narodzinach herosów, to nie są to opowiadania skoncentrowane na aspektach ginekologicznych, ale mają one za cel podkreślić wartość danej osoby, jej niewątpliwe (już płynące z samego kontekstu narodzin) zalety.

Czytając opowiadania o pochodzeniu Jezusa, podane przez Mateusza i Łukasza zauważamy ich troskę o ukazanie faktu wpisywania się narodzenia Jezusa w ciągłość historii Izraela. Owszem, akcenty są rozłożone odmiennie, wynikając z innego kontekstu powstania i odmiennych grup odbiorców Ewangelii, ale są to historie będące przede wszystkim kompozycjami teologicznymi, a nie elementami płynącymi z wiary ludowej.

W obu tekstach (Mt 1,20 i Łk 1,35) powiedziane jest jednoznacznie, że Jezus jest zrodzony z Ducha, czyli w jego poczęciu nie ma udziału ludzkiego ojca. Jest to nauczanie doskonale nam znane, ale czy na pewno rozumiemy w pełni jego konsekwencje?

W Ewangelii Marka padają słowa mieszkańców Nazaretu, którzy widzą w Jezusie cieślę, syna Marii (Mk 6,3). Identyfikowanie dziecka poprzez matkę było rzeczą niezwyczajną w kulturze żydowskiej tamtej epoki. W Ewangelii Łukasza dochodzi do swoistej korekty, gdy znajdujemy pytanie/twierdzenie: czy Jezus nie jest synem Józefa? (Łk 4,22). Ale są to słowa z Ewangelii od Marka późniejszej. Wydaje się, że Mateusz i Łukasz borykają się z głosami, które zarzucały Jezusowi pochodzenie z nieprawego łoża, czyli, że byłby owocem gwałtu, bądź związku pozamałżeńskiego.

Musimy mieć świadomość, że jeśli miały miejsce - a jest prawdopodobne, że tak było - podobne oskarżenia, to musiały one wywołać określony klimat, w jakim Jezus wzrastał, w jakim wychowywała go Maria, ale także w jakim nauczał i był postrzegany w procesie nauczania.

Jeśli Jezusowi brakło najpierw figury ojca w Józefie, który znikł z niewiadomych przyczyn na pewnym etapie dorastania młodego człowieka, to kształtowanie jego osobowości (w Ewangeliach opisanej jednoznacznie jako dojrzałej i zintegrowanej) było owocem zarówno pracy matki (z pewnością niełatwej) i pracy samego Jezusa nad sobą; pracy wytrwałej i krytycznej.

Zanim jednak Józefa zabrakło, można też wyobrazić sobie jego niełatwą relację z chłopcem, o którego pochodzeniu otrzymał informację we śnie. Czy dla Józefa było to łatwe? Z pewnością nie. Nawet jeśli przyjmiemy zwyczajowe w jego przypadku podkreślanie dojrzałości duchowej cieśli i zgodę na przyjęcie małżonki w stanie odmiennym, to przecież możemy przyjąć z dużym prawdopodobieństwem, że na różnych etapach życia Józefa nie zawsze mogło być dla niego łatwym przyjmowanie faktu, że oto wychowuje chłopca, który nie jest jego. Oczywiście, można całość tych spraw zamknąć w statyce obrazów sakralnych, przedstawiających bardziej chcianą, niż realną historię „świętej rodziny”, niemniej nie możemy wyzbyć się refleksji opartej o ludzką „zwyczajność”, zwłaszcza że milczenie Ewangelii w tych kwestiach na taką refleksję pozwala. Pozwala tym bardziej, że znajdujemy ślady takiej refleksji u jednego z dawnych pisarzy chrześcijańskich, Orygenesa, który cytuje w jednym ze swoich dzieł niejakiego Celsusa, filozofa pogańskiego, który miałby usłyszeć od jakiegoś Żyda historię o pochodzeniu Jezusa z nieprawego łoża, poczętego ze związku Marii z rzymskim żołnierzem o imieniu Pantera. Także inny znany pisarz wczesnochrześcijański, Tertulian, raportował o głosach w środowisku żydowskim o pozamałżeńskim pochodzeniu Jezusa.

Oczywiście, można skwitować obu pisarzy, jako cytujących głosy osób lub środowisk nie tylko Jezusowi nieprzychylnych, ale wręcz wrogich, a zatem wyzbytych rzetelności. Niemniej, można sobie równie łatwo wyobrazić, że takie głosy mogły już pojawiać się za życia Jezusa, który przecież poruszał się w środowisku relatywnie nielicznym, przenikniętym bliskimi relacjami rodzinnymi i sąsiedzkimi, a także o dużej kontroli wzajemnej. Nie jest skomplikowanym przyjęcie za fakt, że sąsiedzi, czy nawet bliscy, mogli dość łatwo zauważyć niespójność terminu narodzenia Jezusa z zamieszkaniem Marii z Józefem. Trudno wyobrazić sobie Józefa, jako tłumaczącego wszystkim ewentualnym plotkarzom, że Jezus jest owocem działania Bożego, że w jego poczęciu nie ma żadnego aktu nieprawego, czy moralnie nieakceptowalnego dla ówczesnego środowiska. Zwłaszcza, że jak już wspomnieliśmy, samego Józefa dość szybko zabrakło w życiu Marii i Jezusa. Ostatnia wzmianka o nim następuje w powiązaniu z Jezusem dwunastoletnim, podczas eskapady chłopca do świątyni i pozostaniem w niej poza kontrolą rodziców…

Warto, dla pogłębienia zrozumienia ewentualnych problemów rodziny i samego Jezusa, przypomnieć o złej pozycji dziecka z nieprawego łoża w czasach jemu współczesnych. Prawodawstwo żydowskie określało takiego chłopca, a potem mężczyznę terminem mamzer, traktując go z całą surowością. 5 Mż/Pwt 23,3 mówi, że mamzer winien być wygnany z religijnej kongregacji, a jego potomkowie są takimi do dziesiątego pokolenia. Mało tego, mamzer mógł, zgodnie z ustaleniami epoki, zawrzeć związek małżeński wyłącznie z kobietą o podobnej przeszłości, określanej terminem mamzeret.

Czyli: bycie dzieckiem z nieprawego łoża naznaczało w sposób trwały nie tylko jego życie indywidualne, ale i życie całej rodziny. Czy taka sytuacja miała miejsce w życiu Jezusa? Tego nie wiemy, ale z pewnością – jak wspomnieliśmy – niechętni mu na takiej narracji starali się zdyskredytować jego dzieło. Czy zatem podobne głosy mogły pojawić się już za życia Jezusa? Być to może, a nawet jest wysoce prawdopodobne.

Dlaczego jednak o tym wszystkim piszemy? Nie jest naszym celem rodzaj niezdrowej zabawy w szerzenie potencjalnie sensacyjnych interpretacji życia Jezusa. Chcemy jednak podkreślić, że jeśli taki klimat niezdrowej sensacji, a nawet wynikających z niej drastycznych napięć mógł mieć miejsce, to może to wskazać na tym poważniejszą wrażliwość Jezusa na szereg niesprawiedliwości wokół niego (co dostrzegamy już łatwo w Ewangeliach) i możemy tym bardziej podziwiać jego wielkość osobowości i charakteru – kogoś, kto sam doświadczył jak bardzo może być niszcząca plotka, obmowa, podejrzenie często o to, co najgorsze.

Paradoksalnie, Jezus, który mógł zmagać się z takimi się problemami, jest tym większy w naszych oczach. Jego matka także zasługuje na tym większy szacunek.

Jego braci można tym łatwiej zrozumieć, że nie było im łatwo początkowo przyjąć misję Jezusa, ale dokonali (właściwie - Bóg w nich dokonał) procesu zmiany, po zmartwychwstaniu włączając się żywo w proces życia wspólnot wyznających Jezusa Chrystusa.

Istotnie, w Jezusie Bóg jest z nami, także w naszych napięciach, problemach, dramatach.

Tomasz Pieczko